Mapa strony  |  Kontakt    
DLA ABSOLWENTÓW
OGŁOSZENIA
Dyrektor Liceum w Puszczykowie informuje o możliwości skorzystania z miejsc noclegowych w internacie przyszkolnym przez zorganizowane grupy młodzieżowe z opiekunem. Szczegóły w sekretariacie szkoły.

Wysokości opłat za wynajem pomieszczeń szkolnych więcej

PEDAGOG SZKOLNY
Jeśli jest coś, co Cię niepokoi, masz kłopoty, z którymi sam nie dajesz sobie rady lub wiesz o tym, że komuś dzieje się krzywda, napisz do Pedagoga szkolnego.
Opiekun skrzynki:
Monika Mrówczyńska-Kryszak

Powiat poznański

Wspomnienie Krzysztofa Deptuły

2014-11-20

Poproszono mnie o wspomnienie z pracy w puszczykowskim liceum. Od czasu, kiedy po ukończeniu studiów na wydziale matematyczno – fizyczno – chemicznym UAM, trafiłem do Liceum nr 44 w Puszczykowie, minęły 52 lata. Niektóre wydarzenia w pamięci się zatarły, inne są nadal „świeże”. Puszczykówko w tamtym czasie było cichą miejscowością z nie za gęstą zabudową. Drogi w zasadzie były nieutwardzone, ul. Piaskowa była naprawdę piaszczysta, autobus z Dębca kończył bieg przy obecnym rondzie Franciszka Heigelmanna. Na rozmowę wstępną w sprawie zatrudnienia udałem się mieszkania pani dyrektor Teresy Szymendery mieszczącego się w budynku obecnego Przedszkola „Leśni Przyjaciele”. Trochę bałem się tego spotkania, bo wiązało się ono z naruszeniem prywatności pani Dyrektor. Wizyta okazała się nawet przyjemna. Dowiedziałem się przy okazji, że pani Dyrektor posiadająca wykształcenie raczej nieścisłe, uczyła pierwszy rocznik licealny matematyki – co ją „trochę” męczyło. Zgoda na moje zatrudnienie przynosiło jej ulgę, a mnie radość, że miałem pracę w miejscu zamieszkania. We wrześniu przejęty stawiłem się w budynku Szkoły Podstawowej nr 2 – tymczasowym lokum Liceum – na uroczystej inauguracji roku szkolnego. Razem ze mną rozpoczynało swe obowiązki pedagogiczne kilku nowych nauczycieli zastępujących dotychczasowych ze szkoły podstawowej. Dziwne były te ówczesne warunki lokalowe – parę izb lekcyjnych użyczonych przez szkołę podstawową, brak gabinetów przedmiotowych, sala gimnastyczna przyprawiająca o klaustrofobię, pokój nauczycielski utworzony z magazynku przy stołówce o wymiarach tak skromnych, że do dziś dziwię się, jak myśmy się w nim mieścili. Ale te warunki przynajmniej sprzyjały „integracji”. Po okresie wstępnej adaptacji oddałem się, pełen zapału, pracy edukacyjnej. Uczniowie ze zrozumieniem i cierpliwością przyjmowali moje wysiłki, aby nauczyć ich ścisłego rozumowania. O dziwo, parę osób udało mi się zarazić „królową nauk”. Ale nie samymi lekcjami matematyki mój czas był wypełniony, a miałem go dość dużo, bo byłem kawalerem. Większość tego czasu zabierała jednak szkoła. Duża to „zasługa” pani Dyrektor, która inicjowała i mocno popierała wszelką działalność pozalekcyjną. Dyrektor Szymendera była przełożonym bardzo wymagającym, nawet surowym, ale gdy chodziło o zachęcenie do dodatkowej pracy, to była „chodzącą słodyczą”. Własną postawą też dawała nam przykład. Nie miała bliskiej rodziny, więc szkoła była jej życiem. w czasie wakacji jeździła z młodzieżą na obozy, lubiła jak po lekcjach szkoła nie pustoszała, popierała wszelka działalność pozalekcyjną. Uważała, że nauczyciel powinien poświęcać się uczniom również po lekcjach. Życie szkolne zabierało mi więc dość dużo czasu. Spotkania koła matematycznego, organizacja rozgrywek sportowych (byłem pasjonatem piłki siatkowej), udział w przygotowywaniu spektakli czynnie działającego teatrzyku szkolnego – to tylko niektóre z tych działań. Główna troska wiązała się jednak z koniecznością przygotowania uczniów I rocznika do obowiązującej matury. Był to wszakże sprawdzian mojej skuteczności dydaktycznej. Nie pamiętam dokładnej statystyki, ale wyniki matury bardzo mnie zadowoliły. Dwóm absolwentom udało się nawet dostać na uniwersyteckie studia matematyczne. Później tych „matematyków” będzie znacznie więcej. Przez okres dwóch pierwszych lat pracy obserwowałem jak więzienni budowlańcy wznosili mury obecnego Liceum. w sierpniu i wrześniu 1968 r. miały miejsce przenosiny mebli, sprzętu, wyposażeń nowych gabinetów przedmiotowych, które sukcesywnie w dużych ilościach spływały. Wszystkie te prace wykonywali uczniowie – trzeba przyznać z dużym zapałem i poświęceniem czasu pozalekcyjnego. Po uroczystościach inauguracyjnych mogliśmy nareszcie w pełni wykorzystywać „luksusowe” warunki lokalowe. Zapał do wszelkiej pracy był wtedy ogromny. Dotyczył nie tylko uczniów , ale również rodziców. Dla mnie był to okres trudny. Wszedł do liceum zupełnie nowy program nauczania matematyki, zacząłem pełnić obowiązki wychowawcy klasy, a pani Dyrektor zobowiązała mnie do opieki nad utworzoną harcerską drużyną wodną, zaczynającą swoją działalność od przysłowiowego „zera”. Po pewnym czasie, dzięki współpracy z nauczycielami naszej szkoły: Andrzejem Łuczakiem, Aleksandrem Andersonem i Janem Konikiem, mieliśmy własną bazę przywodną nad Jeziorem Łódzkim, samodzielnie wyszkolona drużynę ratowników wodnych i możliwości do organizowania spływów kajakowych. Późniejsze losy związały mnie z pracą w Poznaniu, ale znów wróciłem do Puszczykowa, najpierw jako inspektor oświatowy, potem ponownie nauczyciel matematyki w liceum i w końcu jego dyrektor. Te początkowe lata pracy – choć coraz bardziej się zacierają w pamięci – wspominam z największym sentymentem. Wspominam z czułością wielu uczniów, zarówno tych, którzy wyjątkowo garnęli się do wiedzy, jak i tych, którzy pomimo szczerych chęci, mieli kłopoty. z uśmiechem wspominam niektóre „pomysły” ówczesnych milusińskich. Na zakończenie przytoczę jeden z nich. w czasach słusznie minionych należało walczyć z wszelkimi nałogami – również u młodzieży. Mój racjonalizatorski pomysł na walkę z paleniem papierosów był taki, że złapany na paleniu musiał wypić dużą łyżkę tranu. Jakiś czas to skutecznie powstrzymywało palaczy. Ale pewnego dnia do pokoju nauczycielskiego zapukał uczeń i poprosił o tran, bo chce iść zapalić. I jak takiego ni kochać.

© Liceum Ogólnokształcące w Puszczykowie im. Mikołaja Kopernika, ul. Kasprowicza 3, 62-041 Puszczykowo, tel./fax: 61 813 34 11